wtorek, 31 lipca 2012

Zbrodnie w takt muzyki

AUTOR:
Jan Antoni Homa
TYTUŁ:
Ostatni koncert
WYDAWNICTWO:
MG
LICZBA STRON:
496





Od czasu do czasu lubię posłuchać muzyki klasycznej. Takty Schuberta, Mozarta czy Brahmsa działają na mnie nad wyraz uspokajająco. Z równie niewielką częstotliwością czytuję kryminały. Czasem jednak każdemu potrzebna jest odrobina intrygi i logicznego myślenia. Moja radość sięga szczytu, kiedy udaje mi się połączyć jedno i drugie. Piękne kompozycje wplecione lub choćby okalające kryminalny wątek to dla mnie pełnia szczęścia. Dlatego też ani minuty nie wahałam się, by spędzić kilka dni na lekturze książki Jana Antoniego Homy pt.: Ostatni koncert. Autor – człowiek orkiestra, bo skrzypek, solista, kameralista i symfonik w jednym już swoją osobą i dorobkiem pisarskim (kryminał muzyczny Altowiolista oraz Kręgi albo kolejność zdarzeń) zapowiadał fachowe podejście do tematu. Gdyby dodać do tego jeszcze notę wydawniczą, która obiecuje, że główny bohater (skądinąd altowiolista z kryminalnymi zainteresowaniami, którego poznać możecie właśnie w Altowioliście) stworzy kwartet muzyczny i nieźle namiesza, to ochota na przeczytanie tej prawie 500 stronicowej książki rośnie z sekundy na sekundę. Czy Homa i was uwiedzie? Sprawdzimy za chwil kilka.


Po tych wszystkich kryminalnych zapowiedziach miałam nadzieję, że już od pierwszej strony, trup będzie ścielił się gęsto. A tu psikus! Bartek Czarnoleski – główny bohater i narrator naszej opowieści postanawia na początku przybliżyć nieco historię uzyskania imponującego spadku w postaci winnicy w Toskanii. Jego kryminalne zapędy i odkrycie „zagadki Rosenberga” zostały wynagrodzone przybytkiem o nazwie Casa e Proprietá di Cittá Abbadonata. To właśnie w tym miejscu zamieszkała ukochana naszego bohatera, Antosia, podczas gdy on dzielił swoje życie między Toskanię a nieznaną, polską miejscowość oznaczaną skrótem K. Jego profesja i kwartet, który założył w K. z przyjaciółmi, czyniły z niego współczesnego "człowieka drogi". Do tego wszystkiego ta smykałka kryminalna i znajomości w policji powodowały, że Bartosz miał pełne ręce roboty. Pojawiła się bowiem nowa, niezwykle intrygująca sprawa. Ktoś mordował ludzi w niekonwencjonalny sposób. Zabijał bez skrupułów przecinając ofiarom żyły nadgarstka dość oryginalnym narzędziem. Czym? Struną! Jedną z czterech w komplecie skrzypiec. Do tego o swoich poczynaniach pisywał na blogu, a właściwie kilku blogach (może to któraś/yś z Was Kochani?!). Bartek znany ze swojej wścibskiej natury rozpoczął prywatne śledztwo zmierzające do zdemaskowania przestępcy. Nie wiedział jednak, że podczas poszukiwań sam stanie się ofiarą.

Wątek kryminalny rozwija się bardzo płynnie, choć niestety powoli. Są kolejne zbrodnie i nie brak śladów „Struniarza”, a namierzyć go nijak nie można. Wszystko jak w typowym kryminale. Nasz Bartek zamiast spędzać czas z ukochaną Antosią, coraz bardziej wnika w śledztwo. Aż tu nagle… Antosia zostaje porwana! Co więcej, pies Bartka –Eston do końca stara się bronić nowej pani i niemal przypłaca to swoim życiem. Po Antosi nie ma śladu, zagadka „Struniarza” pozostaje nierozwiązana, a Bartuś jest w kropce. Co zrobi? Czy odnajdzie sprawcę kolejnych morderstw? Czy uda mu się uwolnić ukochaną? A przede wszystkim, za co ta nieco wiekowa kobieta zwana królową Elżbietą II wręczy Bartoszowi krzyż Jerzego? Odpowiedź znajdziecie w Ostatnim koncercie.

Tak mniej więcej przedstawia się kwestia zbrodni, a co z muzyką? Pojawia się niemal na każdej stronie tej powieści. Jesteśmy zasypywani lawiną terminów muzycznych, tytułów i najsłynniejszych wykonawców muzyki klasycznej. Powiem więcej, nasz bohater niczym wykładowca wyjaśnia nam wiele niezrozumiałych pojęć i przywołuje muzykę nawet tam, gdzie zazwyczaj jej nie ma. Takie podejście do sprawy może nieco drażnić, kiedy widzimy np., że nasz Bartosz w najbardziej emocjonujących momentach podśpiewuje sobie różnego typu melodie. Ba, czasem nawet celowo spowalnia akcję i zabiera się za tłumaczenie nam kolejnych terminów muzycznych. Ci bardziej wytrwali czytelnicy poradzą sobie jednak i z tymi spowalniaczami.

Nie wiem, czego w tej książce jest więcej literatury czy muzyki? Muzyczność literatury i literackość muzyki po raz kolejny okazują się mieć płynne granice. Zawód naszego bohatera uprawnia go do wszystkich dywagacji, które odnajdujemy na kartach książki. Tekst jest poniekąd partyturą, na której autor wygrywa kolejne melodie. Czy jednak aby nie za dużo tu tej muzyki? Przyznam, że miejscami trochę mnie już nudziły te wszystkie nowinki rodem z poradnika dla muzykologów. Nie mniej jednak w żaden sposób nie zaniżają one wartości całej lektury. Nie da się ukryć, że największą zaletą Ostatniego koncertu jest Bartosz Czarnoleski. Ten błyskotliwy i spostrzegawczy bohater ma w sobie jednak wiele z ofiary losu i nieumyślnie pakuje siebie i swoich bliskich w kłopoty. Czymże jednak byłby kryminał bez barwnego głównego bohatera? 

Muszę powiedzieć, że Jan Antoni Homa stworzył ciekawy i interesujący kryminał muzyczny, który zapewnia nam przynajmniej kilka emocjonujących chwil. Śledztwo prowadzone dwutorowo i dodatkowe porwanie napędzają całą akcję. Muzyka ją czasem spowalnia, ale za to nadaje miejscami podniosły ton. Jeśli macie ochotę ciekawe śledztwo przy akompaniamencie muzyki, to Ostatni koncert jest właśnie tym, czego szukacie.

16 komentarzy:

  1. Lubię muzykę (od tamtego roku zakochana jestem w Chopinie), lubię też kryminały. Na pewno przeczytam kiedyś tę książkę. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muzyka w tle kryminału... Brzmi naprawdę zachęcająco ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie! Znów ta muzyka w powieści! Muzyczność literatury!^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Nasz mega świetnie zdany kolos! :D

      Usuń
  4. Muzykalna książka - brzmi intrygująco. Jeśli ktoś kiedyś sprezentuje mi takową powieść, z przyjemnością ją przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się interesująco:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mhm, już co nieco czytałam o tek książce i wydawała mi się interesująca, ale powiem szczerze że po Twojej recenzji ochota na nią mi przeszła. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Okładka cudna - od razu mam ochotę na winko :) Co do książki, już za samo połączenie muzyki z kryminałem trzeba zwrócić na nią uwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Rzeczywiście okładka przyciąga uwagę, a w źrenicy oka tej pani odbija się trupia czaszka. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Łooo! Połączenie muzyki z kryminałem może być ciekawe. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Chociaż nie za bardzo słucham i nie interesuję się muzyką klasyczną, to pewnie kiedyś jak mi wpadnie w ręce ta książka, to z chęcią zobaczę, co to za twór ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. "Ostatniego koncertu" nie czytałam, ale mam za to w planach "Altowiolistę" jak tylko wróci do mnie z wypożyczenia. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Naprawdę ciekawe - kryminału z wątkami muzycznymi chyba jeszcze nie czytałam;) Przydałby mi się, gdybym chciała w prosty sposób dowiedzieć się czegoś o muzyce;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytałam "Kręgi albo kolejność zdarzeń" i jestem ciekawa jak autor poradził sobie z kryminałem. Niestety ta wszechobecność muzyki pewnie będzie mnie irytować. Nie przepadam za rozwlekłymi tłumaczeniami różnych terminów i wplataniem muzyki w każdą stronę. Mimo tego jestem gotowa przeczytać tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  13. dzieki za te recenzje :)choc zawsze robisz mi ochotę i potem trace w ksiegarni "pare" zł. :P

    OdpowiedzUsuń
  14. Wow, kapitalna recenzja, świetne podsumowanie. Właśnie jestem w trakcie lektury...Odniesienia muzyczne - mmm - bardzo mi odpowiadają. ("znikał niczym nuta w subito pianissimo" - brzmi pięknie - cokolwiek to znaczy:)
    Chociaż trochę zżymam się z sobą w odniesieniu do polskich realiów...czytam i czytam i myślę...winnica w Toskani w nagrodę (AKURAT), tak - ukochana Antosia - pani archeolog (AKURAT) itd. co w sumie nie przeszkadza mi aż tak bardzo w odbiorze. Ale troszkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem trochę zgrzyta, ale ogólnie pozytywne wrażenia. ;)

      Usuń