niedziela, 12 sierpnia 2012

Józef Kiszkurno - dziadek na medal

AUTOR:
Ewa Sobotowska
TYTUŁ:
Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera
WYDAWNICTWO:
Novae Res
LICZBA STRON:
302





W 1936 roku odbyły się Letnie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Pierwszy raz nakręcano to wielkie, sportowe wydarzenie, by potem transmitować je rodakom w niemieckiej telewizji. Olimpiada ta przeszła jednak do historii z zupełnie innego powodu. Bohaterem zawodów lekkoatletycznych stał się czarnoskóry Jesse Owens, który zdobył 4 złote medale olimpijskie. Wbrew zapowiedziom złagodzenia polityki rasistowskiej przez wzgląd na trwające igrzyska, Adolf Hitler nie podał ręki temu medaliście. By uniknąć konfrontacji z (w jego mniemaniu) reprezentantem podludzi, wyjechał ze stadionu przed dekoracją Owensa.

Tak się składa, że na berlińskie igrzyska pojechał również Polak. Józef Kiszkurno reprezentował nasz kraj na strzelnicy w Wannesee pod Berlinem. Największą nadzieją na medal w tej dyscyplinie był dla Hitlera jego rodak Schӧbel. To dla niego kanclerz przewidział hojne wynagrodzenie za zwycięstwo. Jakież było zaskoczenie führera, kiedy jadąc na ceremonię wręczenia olimpijskiego medalu, dowiedział się, że złoto zdobył Polak! Jak się pewnie domyślacie, wszystkie przewidziane dla Niemca nagrody, wróciły do sztabu Hitlera. Józef Kiszkurno otrzymał jednak swój krążek i złoconą paterę ufundowaną przez kanclerza Rzeszy. O tym i wielu innych, fascynujących epizodach z życia swojego dziadka opowiada nam Ewa Sobotowska w swojej debiutanckiej książce pt.: Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera.

O samej autorce możemy powiedzieć wiele, ale dopiero po przeczytaniu jej książki. Na wstępie wystarczyć Wam powinno, że Sobotowska (zodiakalna Waga) jest świetną tłumaczką języka angielskiego i ma na swoim koncie współpracę z Andrew Carrollem, dla którego zbierała i tłumaczyła listy wojenne. To one stały się kanwą jego książki pt.: Behind the Lines. Do tej pory opowiadania i próby poetyckie autorki pisane były raczej do szuflady. Dopiero namowy męża przekonały Sobotowską, że historią swojego rodu powinna podzielić się z innymi. Tak powstała świetna saga rodziny Kiszkurno, w której pierwsze skrzypce gra dziadek, czyli Mistrz. 

Więź istniejąca pomiędzy Ewą a jej dziadkiem jest naprawdę godna pozazdroszczenia. Odkąd autorka przyszła na świat, jej Mistrz nazywał ją swoim Milionem. Nauczył ją tego, co najlepiej potrafił – strzelectwa i myślistwa. Pokazał jej niezgłębione tajemnice lasu i wyjaśnił, jak współistnieć z przyrodą. Mimo tego Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera nie jest peanem na cześć tytułowego bohatera. To raczej kolejna historia rodziny, która przeżyła ciężkie dla historii Polski czasy. To saga rodu, który nękany zawieruchą wojenną, musiał opuścić białoruskie strony i przenieść się do Wielkopolski, by potem stale zmieniać miejsce zamieszkania. Autorka na prawie 300 stronach powieści zawarła te epizody z życia swoich bliskich, które najbardziej utkwiły jej w pamięci. Najwięcej przedstawionych opowieści dotyczy działalności dziadka. Dzięki paterze zdobytej na Olimpiadzie w Berlinie, Mistrz uratował przed śmiercią wielu ludzi znajdujących się w Treblince, Chełmku, czy Majdanku.  Ba, udał się z nią nawet do samego Hansa Franka urzędującego na Wawelu, by uwolnić z więzienia sporą grupę żołnierzy AK. Ta olimpijska pamiątka przynosiła jak widać szczęście nie tylko jej zdobywcy.

Narracja prowadzona przez autorkę rozpoczyna się jeszcze przed jej narodzinami, a kończy na śmierci Mistrza. Te kilkadziesiąt lat, które udało się Sobotowskiej sportretować w swojej książce, mówi bardzo wiele o rodzinie Kiszkurno. Była to z pewnością familia dość zamożna, skoro Ewa i jej siostra Joanna miały zapewnioną opiekę niani. Ponadto Mistrz i babcia naszej autorki pomieszkiwali najczęściej w pałacykach lub dworkach, z których Sobotowska upodobała sobie najbardziej ten znajdujący się w Borach Tucholskich. Również stanowiska zajmowane przez mężczyzn z rodu Kiszkurno potwierdzają wysoki status materialny tej rodziny. Jednak w burzliwych latach wojny, a potem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nawet majętność nie dawała gwarancji spokojnego życia. Dlatego też opowieść snuta przez autorkę niejednokrotnie wzrusza do łez, zwłaszcza zimą – pechową dla tej rodziny porą roku, z którą nieustannie idzie w parze śmierć.  

Moja przygoda z książka Sobotowskiej rozpoczęła się dosyć prozaicznie. Chwytliwy tytuł i zapowiedź na okładce książki przekonały mnie do jej przeczytania. Dopiero potem zorientowałam się, że przednią część okładki stanowi reprodukcja obrazu jednego z moich ulubionych polskich malarzy-Juliana Fałata. Tokujące cietrzewie wprost zapraszają nas do lasu. A jeśli już jesteśmy w lesie, to dlaczego nie zapolować? Oddałam się więc lekturze bez reszty, zwłaszcza, że wstępem do niej są słowa jednego z najwybitniejszych Polaków w historii. Krótkie motto Józefa Piłsudskiego zapraszające do lektury brzmi następująco: Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle. Autorka kierując się tymi słowami, przedstawiła nam nie tylko losy swojej rodziny, ale również przemiany zachodzące w dziejach naszego kraju.  Na końcu urzekła mnie również opisana przez Sobotowską podróż do Rosji i obowiązkowa wizyta w Mauzoleum Lenina. Przyznam, że trochę zazdrościłam pisarce obcowania z wodzem rewolucji, nie mniej jednak w pełni rozumiem jej antypatię wobec towarzysza Włodzimierza i jego pobratymców oraz mało przychylny stosunek wobec naszego wschodniego sąsiada. By dopełnić całości opisu tej książki, wspomnieć należy również o fotografiach. Sobotowska podobnie jak wcześniej Janusz Pawłowski w książce Mój zegar niesłoneczny dołącza do swej publikacji zdjęcia pochodzące z rodzinnego archiwum. Znajdziemy na nich różnych członków rodziny Kiszkurno, a niejednokrotnie nawet samą autorkę. Myślę, że właśnie fotografie nadają tej pozycji tak ogromne znamię autentyczności. 

Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera to książka dla każdego, kto nie broni się przed poznaniem historii kolejnej rodziny wielokrotnie doświadczanej przez los. Chwile wzruszenia przeplatają się w tej książce z momentami wielkiej radości. Obserwujemy na kartach narodziny, ale również zgony. Widzimy, jak kwitną miłości i jak wygasają kolejne uczucia. Przede wszystkim poznajemy jednak piękno lasu, uczymy się od Mistrza harmonii z naturą i podpatrujemy znakomitego strzelca podczas polowań. Czego chcieć więcej? Może tylko tego, by historia tak szybko się nie skończyła. Mogłabym szukać w tej książce jeszcze wielu ukrytych sensów, którymi próbowałabym Was do niej przekonać, ale po co? Myślę, że Ewa Sobotowska i rodzina Kiszkurno sami zadbają o Waszą aprobatę.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



13 komentarzy:

  1. Zrobił wujka Adolfa na cacy,
    Szkoda tylko, że przy okazji
    Nie strzelił mu do glacy ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, bo wtedy to i mnie by zaskoczył. :D

      Usuń
  2. Zazdroszczę autorce, że miała taki dobry kontakt z dziadkiem. Myślę, że książka by mnie wciągnęła :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Od kiedy zobaczyłam gdzieś okładkę tej książki - po prostu czekałam, aż ją zrecenzujesz:) Teraz mnie zachęciłaś do jej kupna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałaś, że nie mogę przegapić niczego, co może choćby pośrednio dotyczyć historii. :P

      Usuń
  4. Niesamowita książka, niesamowita historia. :) Strasznie podoba mi się motto Piłsudskiego - kapitalne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam książki o takiej tematyce. Muszę ją przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  6. O książce już słyszałam i również mnie zaciekawił tytuł. A tu się okazuje, że to historia rodziny, a nie opowieści o Hitlerze. Pomimo to, z chęcią bym ją przeczytała, bo lubię tę tematykę. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Koniecznie muszę sobie zapisać tytuł tej książki i się za nią rozejrzeć. Tematyka jak najbardziej "moja", dlatego nie może mnie ominąć lektura tej powieści ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Coś bardzo ciekawego kształtuje się w mojej głowie na podstawie przeczytanej recenzji. Zdaje mi się, że książka ta jest naprawdę fantastyczną lekturą :) Trochę historii, trochę anegdotek, trochę ciekawostek - nic, tylko czytać.

    OdpowiedzUsuń
  9. I bardzo dobrze, że Polak wygrał z tym Niemcem. Jestem z niego dumny. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Józef Kiszkurno nie zdobył złotego medalu olimpijskiego, był natomiast trzykrotnym mistrzem świata
    http://www.olimpijski.pl/pl/bio/951,kiszkurno-jozef.html

    OdpowiedzUsuń
  11. Do Anonimowy ....Nie dokładnie prześledziłeś historię ....zawody odbyły się w trakcie trwania olimpiady 1936 i zwycięzcą był Józef Kiszkurno.(medal był traktowany na równi z olimpijskim..... ponieważ dyscyplina ta nie była olimpijską od 1928r.nie była ujęta w sprawozdaniach z olimpiady)

    OdpowiedzUsuń