sobota, 20 października 2012

Śmierć w obiektywie aparatu

AUTORZY:
Greg Marinovich, João Silva
TYTUŁ ORYGINALNY:
The Bang-Bang Club. Snapshots from a hidden war
TYTUŁ POLSKI:
Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny
WYDAWNICTWO:
Sine Qua Non
LICZBA STRON:
284




Są zawody, których uprawianie przynosi duże profity finansowe, ale są też i takie, które uprawiamy często z narażeniem życia. Do tych niebezpiecznych i pełnych wrażeń fachów zaliczyć należy niewątpliwie zawód reportera wojennego, którym parało się m.in. czterech mężczyzn: Greg Marinovich, João Silva, Ken Oosterbroek oraz Kevin Carter. Co połączyło tych panów? Z pewnością było to miejsce pracy. Wszyscy oni wysłani zostali bowiem, by uwiecznić na kliszy fotograficznej przemiany i rewolty polityczne zachodzące w Afryce Południowej lat 90. XX wieku. O ryzykownej pracy reporterów wojennych i licznych perypetiach związanych z tym zawodem przeczytać możecie w książce pt.: Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny.


Tytułowe Bractwo Bang Bang to termin, którym określano działalność czterech wspominanych wyżej reporterów, którzy każdego dnia swojej pracy w Afryce Południowej stawali oko w oko ze śmiercią. Jedni bohaterowie ich zdjęć umierali długo i w cierpieniu, inni żegnali się z doczesnym życiem w ułamku sekundy. Wszystkim tym zgonom towarzyszył jednak obiektyw aparatu fotograficznego, za którym krył się żywy człowiek – reporter żądny sensacji. A potem te wstrząsające zdjęcia trafiały do najsłynniejszych amerykańskich czasopism. Autorzy tych najlepszych, najbardziej poruszających fotografii mogli liczyć na Pulitzera – nagrodę, o której marzy chyba każdy reporter na świecie. Panowie z Bractwa Bang Bang z pewnością znali smak sukcesu. Ich praca jednak ( jak pewnie się domyślacie ) wcale nie była taką sielanką. Wszyscy oni poczuli co to strach i cierpienie, a niektórzy z nich przypłacili zawodową pasję własnym życiem. 

João Silva - jeszcze przed utratą nóg
Narratorami Bractwa Bang Bang... są jego jedyni żyjący członkowie – Greg Marinovich i João Silva. Ci znakomici fotografowie i dokumentaliści zdecydowali się opowiedzieć czytelnikowi o pracy swojej i dwóch innych mężczyzn, z którymi połączyły ich nie tylko sprawy zawodowe. To opowieść ukazująca cienie i blaski upadku apartheidu i budowania się „nowej Afryki”. Obok tych istotnych z perspektywy historycznej wydarzeń toczy się życie członków Bractwa Bang Bang, którzy z daleka od swoich rodzin zarabiają na utrzymanie swoich bliskich żerując na śmierci innych ludzi.  Czy zawsze robią zdjęcia bez mrugnięcia okiem? Czy czują empatię wobec bohaterów swoich fotografii? Czy dokumentowanie to tylko ich źródło utrzymania? Te i wiele innych pytań nasunie się Wam z pewnością na usta podczas lektury tej książki. Myślę, że na większość z nich będziecie potrafili sobie odpowiedzieć.




Ken Oosterbroek
Ta książka była dla mnie niemałym zaskoczeniem. Spodziewałam się po niej czegoś w rodzaju relacji z życia zawodowego reporterów wojennych, okraszonej licznymi przechwałkami i refleksjami typowymi dla przedstawicieli „dziennikarskiej elity”. Otrzymałam jednak wzruszającą historię czterech mężczyzn, którzy kochają swój zawód i jednocześnie go nienawidzą. Z jednej strony uwielbiają być w centrum uwagi i śledzić wydarzenia okiem obiektywu, z drugiej zaś ludzkie cierpienia, których byli świadkami, wielokrotnie odbijały się wyraźnym echem w prywatnym życiu członków Bractwa Bang Bang. Przedwczesna śmierć dwojga z nich jest tego chyba najlepszym przykładem.

Historia opowiadana oczami Grega Marinovicha jest z pozoru nieco chaotyczna. Nieustannie przemieszczamy się za naszym bohaterem z miejsca na miejsce i śledzimy kolejne wydarzenia, których świadkami był on sam lub jego koledzy „po fachu”. Czasem Marinovich pozwala nam podejść bardzo blisko pewnych zdarzeń, a czasem trzyma nas od nich na dystans. Wtedy mamy wrażenie, że przed naszymi oczami pojawiają się fotografie zrobione ręką perfekcjonisty. Takimi bowiem zawodowcami byli panowie z Bractwa Bang Bang. Co jakiś czas tę absorbującą opowieść przerywa garstka wymownych zdjęć wykonanych przez Marinovicha, Silvę, Cartera lub Oosterbroeka. Niektóre z nich zasłużyły na miano Pulitzera, inne choć niedocenione przez instancje wyższe, uwieczniły równie ważne i wstrząsające momenty. Te fotografie to dowód na to, że na ból i cierpienie często reagujemy wyłącznie milczeniem.


Bractwo Bang Bang… nie jest książką na jeden wieczór. Po jej przeczytaniu pozostaje w naszej głowie wiele refleksji, których nie sposób się pozbyć. Długo jeszcze będę pamiętać o czterech mężczyznach, których połączyła pasja i śmiertelnie niebezpieczna praca. Choć dziś z bractwa pozostał jedynie duet, to o fenomenalnych fotografiach z Afryki Południowej, które wstrząsnęły światem pamiętać będą z pewnością również przyszłe pokolenia. Zachęcam, polecam i mam nadzieję, że i Was wzruszy ta na wskroś prawdziwa opowieść.



Najlepsze zdjęcie Kevina Cartera, za które otrzymał nagrodę Pulitzera

Ksiażkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:




10 komentarzy:

  1. O, to jest ciekawe... z jednej strony tacy ludzie są potrzebni, z drugiej... no właśnie, mimo wszystko to odarcie z prywatności ludzi, którzy może wolą pozostać całkowicie anonimowi, tzn. nie tylko z nazwiska, ale również z twarzy (oczywiście chodzi mi o bohaterów zdjęć).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Balans na granicy skandalu... coś dla nas :)

      Usuń
  2. Na pewno wkrotce przeczytam te ksiazke. Tymczasem "Bractwo Bang Bang" mozna wygrac w naszym konkursie

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawiałam się nad wyborem tej książki, ale tak jak ty spodziewałam się suchej relacji bufonów i obawiałam się, że ciężko będzie mi przez to przebrnąć. A tu niespodzianka:) dobrze wiedzieć. Dzięki i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę, że pozycja bardzo interesująca... Może jak spotkam, to przeczytam.
    ___
    Tych wulgaryzmów nie ma aż tak dużo. Ale dla mnie, aby zachować dobry smak, mogła się autorka ich pozbyć w niektórych momentach. :) Ale polecam książkę jak najbardziej!

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, pamiętam dobrze to zdjęcie!!! Oczywiście teraz po Twojej recenzji - nie przejdę obojętnie obok tej pozycji. Muszę ją przeczytac.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pewnie bym nie zwróciła uwagi na tę książkę, ale teraz na pewno ją przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zdjęcie robi piorunujące wrażenie, a książkę od razu dopisuję na listę. O takim rozdarciu korespondentów wojennych pisałam u siebie, przy okazji recenzowania filmu "Selekcja" (polecam). Ogromnie jestem ciekawa prawdziwych wspomnień z pracy korespondentów.

    OdpowiedzUsuń
  8. To ostatnie zdjęcie jest niesamowite - czytałem kiedyś, że Carter po jego wykonaniu długo nie mógł się pozbierać. Jeśli dobrze pamiętam, to nie pomógł temu biednemu dzieciakowi, bo stwierdził, że taki jednorazowy gest byłby zupełnie bez sensu. Ale przypłacił to naprawdę silnym wstrząsem psychicznym (jeśli coś poknociłem i nieco przekłamuję, to serdecznie przepraszam).

    Książka wydaje się arcyciekawa - choćby ze względu na pytania typu: jak taka praca ma się do etyki i godności ludzkiej; dlaczego reporter robi zdjęcie, próbując uchwycić cierpienie bliźniego, zamiast w tym samym momencie próbować mu pomóc. Oczywiście z miejsca można wyprowadzić ripostę, że przecież fotograf jest równocześnie człowiekiem, który w ten, często bardzo drastyczny, sposób stara się zwrócić uwagę opinii publicznej na dany problem, na daną kwestię, etc. Gdzie jest jednak ta granica: kiedy pomagać, a kiedy tylko obserwować i uwieczniać? Ech, generalnie książka zapowiada się wybornie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Carterem było właśnie tak jak piszesz :) Ta książka próbuje właśnie odpowiedzieć na te wszystkie pytania, ale wiadomo, że niektórych kwestii nie potrafimy rozstrzygnąć. ;)

      Usuń